Krótka historia ogrodów

Na początku dwudziestego wieku angielska arystokratka, Vita Sackville-West, zasłynęła jako wybitna projektantka ogrodów. Wraz z mężem zarządzała trzema hektarami „chwastów i błota”, które z czasem przeistoczyła w perełkę ogrodnictwa. W trakcie tego władania nieciekawa okolica zamieniła się w baśniową krainę.

Tak współczesnemu ogrodnictwu ukazał się nowy – niespotykany dotąd wymiar. Ekscentryczna ogrodniczka nie tylko zajmowała się innowacyjną aranżacją zakupionego terenu (brawurowo dostosowując zastane warunki przestrzenne do wietrznego oraz deszczowego klimatu), ale i publikowała (na początku w lokalnej prasie, następnie w dziełach naukowych) teksty o sposobach pielęgnacji roślin, o nowych odmianach kwiatów, krzewów, drzew. Szybko zyskała rzesze fanów i kontynuatorów, którzy chcieli mieć „ogród taki jak u Vity.” Gdyby więc ta znamienna wizjonerka założyła blog ogrodniczy, z pewnością nie brakowały na nim różnorodnych porad i ciekawostek z zakresu botaniki czy hortologii. Na pewno nie interesowało Vity układanie kwiatów w wazonie – ona, w towarzystwie swych licznych psów, codziennie przemierzała kilometry, grzebiąc w ziemi, przekopując grządki i dobierając właściwe sadzonki. W spodniach i wysokich kaloszach, z włosami związanymi chustką, nie dbała o siebie. Dbała o ogród. Mąż Vity, całkowicie akceptujący jej pasje i tworzący ze swą żoną otwarty, tolerancyjny związek, mawiał, że mieszka z jedyną osobą na świecie, która lepiej rozumie rośliny, niż ludzi, która mówi do kwiatów, przytula się do drzew i gładzi użyźnioną ziemię, by ta dała obfity plon. By obrodziła w kwiecie.

Ogrodnicze małżeństwo doczekało się jednego syna. Ogród zaś, który razem stworzyli, przeszedł do florystycznej historii. Przede wszystkim ważny był kolor – dziś Vita, na swym ewentualnym blogu – z pewnością krytykowałyby wielobarwne rabatki. Ceniła  jednolite odcienie, jej idealna paleta zamykała się w biało-srebrnej tonacji. Radziła, by komponowaną przestrzeń podzielić alejkami, żywopłotami i altanami. W ten sposób uzyska się tzw. „zakątki”, które można zagospodarować jako ogródek różany, wiejski sad, zielnik czy owocowy kącik. Ogród, dla Vity, miał bowiem funkcję użytkową, ale miał też dawać ukojenie i świadczyć o upodobaniach swych właścicieli.

O oranżeriach

Szklarnia, która służy do hodowli egzotycznych roślin, pachnąca pomarańczami i cytrynami, pełni również rolę wypoczynkową i może stanowić miejsce spotkań, imprez, kulturalnych wydarzeń. Oranżeria bowiem, od początku swego istnienia, miała łączyć funkcję eleganckiej sali wypoczynku z reprezentatywnym pokojem zabaw. A wszystko rozgrywa się w asyście tropikalnych owoców…

W Polsce taki budynek ogrodowy zwykło nazywać się pomarańczarnią. Mógł to być obiekt wolno stojący lub połączony z tarasem, przylegającym do posesji mieszkalnej. Musiał jednak spełniać jeden, istotny dla istnienia szklarni, warunek. Musiał być szczodrze ogrzewany, by zapewnić zgromadzonym roślinom stosowną temperaturę wzrostu.

Ogrody projektowanie

Pomarańczarnie budowano jako budynki o ścianach wysokich, oknach szerokich (zwłaszcza od strony południowej, by wpuszczać do środka jak najwięcej słońca) i dachu przeszklonym. Dlatego, na prywatne oranżerie stać było tylko nielicznych wielbicieli egzotyki. Wewnątrz takich imponujących szklarni znajdowało się jedno pomieszczenie lub kilka pomniejszych, dostosowanych do potrzeb owocowych drzewek.

Jak doradzało osiemnastowieczne ogrodnictwo, oranżerie pełniły funkcję zimowych sadów, przez cały rok zapewniając swym gospodarzom wybór ulubionych cytrusów. Najczęściej gmachy te stawiano w parkach, w pałacowych ogrodach, rezydencjach. Od XVII do XIX wieku oranżerie święciły triumf – organizowano w nich spotkania towarzyskie, bale i przedstawienia teatralne. Obecnie, na przykład w Starej Pomarańczarni, w Łazienkach Królewskich, w roślinnej scenerii urządza się wspaniałe pokazy mody, a także bankiety dla wielkich firm i konferencje kulturalno-polityczne.

Co ciekawe, nazwa „oranżeria” funkcjonuje w naszej świadomości także jako określenie na przyhotelowe ogródki, które z oryginalną pomarańczarnią nie mają za wiele wspólnego. Sporo restauracji, posiadających ogródki lub kolekcje egzotycznych kwiatów, używa słowa „oranżeria” w nazwie swych lokali. Może dlatego, że słowo to kojarzy się z tropikami, zacisznymi, pachnącymi miejscami i czarem dawnych lat, gdy posiadanie własnej pomarańczarni świadczyło o majątku i dobrym guście ich właścicieli.